Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

Supermaraton Stulecia

100 km Mistrzostwa Polski a.d. 2018 – nie tak miało wyglądać zakończenie tego sezonu.


 

 

W tym roku mój plan zakładał 2 starty na dystansie 100 km. Pierwszy to mistrzostwa świata w Chorwacji, a drugi to mistrzostwa Polski w Warszawie. Tym ostatnim miałem zakończyć sezon startowy w 2018 roku.


Sam nie wiem, od czego mam zacząć tę relację. To nie jest dla mnie łatwy temat z uwagi na to, co się działo na trasie supermaratonu stulecia, w ramach którego odbywały się mistrzostwa Polski na dystansie 100 km. Zawsze staram się jak najlepiej przygotować do każdego biegu i zostawiam dużo serca na każdych zawodach, ale 10 listopada stałem przed wielką próbą charakteru.


Wszystko zaczęło się jak zawsze, spokojnie przygotowałem się do wyjazdu do Warszawy. W piątek pojawiłem się w biurze zawodów. Miałem okazję spotkać się za znajomymi, a co najważniejsze wypełnić wszystkie formalności, aby w sobotę rano stać na starcie ze spokojną głową. To jedna z tych imprez biegowych, gdzie znasz bardzo dużo ludzi, jest też okazja poznać nowych. Uwielbiam ten czas.


Na koniec dnia udałem się z Mackiem na zakupy. Kupiliśmy 50 butelek wody, żeby mieć w czym przygotować napoje na cały bieg. Muszę przyznać, że do tego momentu nie denerwowałem się startem. Nie wiem dlaczego, ale kiedy miałem się położyć zdałem sobie sprawę, że czeka mnie nie tylko 100 km, ale przede wszystkim walka z własnymi słabościami. W takich biegach nigdy nie wiadomo co może się przytrafić.

 

 

Pakiet startowy


Rano szybkie śniadanie i o 7 rano byliśmy już przy naszym stoliku serwisowym. Wszystko było fajnie zorganizowane, dużo miejsca i komfort, że wszystko jest pod ręką. Zostało tylko się przebrać i szykować do startu. Nasze kołowanie odbywało się na 1.5 km trasie na AWF-ie dlatego czekało nas 65 okrążeń z małym dobiegiem. Dla mnie najważniejsza była pogoda, bo małe pętle nie są problemem. Rok temu w Chinach biegałem na stadionie przez 6 godz. Po 400m bieżni.


Kiedy tylko dostaliśmy sygnał od startera i postawiłem pierwszy krok moja prawa noga mocna się ugięła pode mną. Nie było to bolesne i kolejne kroki stawiałem już normalnie. Rozglądałem się tu i tam, tylu znajomych, bardzo fajnie się biegło. Realizowałem moja strategie, która zakładała początek w okolicach 4:30 min/km. Dawało to wynik na poziomie 7:30h. Czułem się bardzo dobrze, ale nie mogło być inaczej bo mieliśmy bardzo dobre warunki do biegania. Przede wszystkim chłodno, co ja bardzo lubię. Na trasie było dość ciasno, ale wolniej biegający zawodnicy szybko się zorientowali, żeby zostawić nam troszkę miejsca po lewej stronie trasy. Od samego początku uformowała się dość liczna grupa prowadząca, a na jej czele w zawrotnym tempie biegł Darek Nożyński. W ślady za nim kilku zawodników, których nie znałem i oczywiście Piotrek Stachyra. Ja biegłem dość spokojnie i miałem w zasięgu ręki Kamila Kunerta.


Pierwsze 10 km wyszło lekko ponad 46 minut co było jak najbardziej wkalkulowane w strategię. Powoli zacząłem przyśpieszać, ale bardzo spokojnie. Cały czas oscylowałem w okolicach 4:25-4:30 min/km. Nic nie zapowiadało dalszego rozwoju sytuacji. Kiedy miałem za sobą już ponad 15 km, zaczęły pojawiać się lekkie problemy z prawą nogą. Na początek bolało mnie lekko udo. Ten dyskomfort przesuwał się stopniowo coraz wyżej. Zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Dość szybko ból przenosił się ku górze, aż ostatecznie zaczęło boleć mnie biodro. Miałem problemy, żeby normalnie odbijać się z prawej nogi co wpłynęło na moją technikę biegu. Po kilku okrążeniach wiedziałem, że nie mogę liczyć na moją prawą nogę. Liczyłem, że może ból ustąpi. Nic na to jednak nie wskazywało. To nie był ból mięśniowy, ale bardziej mechaniczny. Z czasem znajomi zaczęli pytać, czy wszystko jest dobrze, bo lekko spadło mi tempo, a po drugie zauważyli, że pociągam nogą. W międzyczasie dalej sprawdzałem co się dziej na trasie. Jak się okazało chłopaki biegali mocno. Ja biegnąc na czas 7:30h byłem ciągle na 17-18 miejscu. Dochodziły mnie słuchy, że tempo lidera jest w okolicach 6:33h, a reszta też biegnie super. To miało swoje odbicie na trasie. Zostałem zdublowany już chyba przed 10 km.

 

Trasa


Od 18 km na mojej twarzy pojawiały się, coraz częściej grymasy z bólu i coraz mniej zerkałem na zegarek. Ograniczyłem się do sprawdzania tempo co 1 okrążenie, żeby zobaczyć czy trzymam tempo w okolicach 4:30 min/km, czy może drastycznie spada. Na 20 km pojawiłem się w 1:29:50, czyli dalej realizowałem założenia startowe. Jednak utrzymanie tego tempa kosztowało mnie dużo sił. Ból cały czas się nasilał, a ja nie mogłem nic z tym zrobić. Pomimo takiego obrotu sprawy, postanowiłem biec dalej i trzymać tempo. Było to dość ryzykowne, ale nie mogłem zrobić inaczej. To nie był ból mięśni, tylko jakiś uraz mechaniczny, który wyłączył praktycznie moją prawą nogę.


Od 20 do 30 km dalej trzymałem dobre tempo. Te 10 km zrobiłem w 45:30 min co dawało mi małą nadzieję, że może dam radę dotrwać do końca. Było jeszcze dużo kilometrów, ale strata nie była tak duża. Poprawy jednak nie było. Kolejne 10 km w 46:32 min a ja dodatkowo czułem, że biegam bardzo źle. Ból zaczął się rozprzestrzeniać, a wszystko przez to, że biegłem praktycznie na jednej nodze. To nie mogło się dobrze skończyć. Kolejne 10 km w 48:23 min i na półmetku miałem 3:50:15. Cały czas była szansa na złamanie 8 godzin, ale czułem się fatalnie. Zaczęło przechylać mnie na jedną stronę. Wiedziałem, że w takim stanie prędzej czy później czeka mnie spacer i to dość długi. Mając w perspektywie maszerowanie przez 40-45 km zdałem sobie sprawę, że mogę zapomnieć o walce w tych mistrzostwach. Na domiar złego Artur zaczął podawać mi informacje, że kilku zawodników zaczyna tracić siły i odrabiam pozycję. To jednak nic nie pomogło, moja głowa chciała biec, ale biodro miało inne plany. Na domiar złego zaczęły boleć mnie plecy przez to, że biegłem bardzo źle technicznie.

 

Na trasie (zdj. Artur Bielec)


Od 55 km zacząłem się zastanawiać co robić. Byłem już zmęczony tą nierówną walką i pomimo tego, że była szansa żeby zmieścić się w limicie, postanowiłem zejść z trasy po 60 km. Te ostatnie 10 km pobiegłem w 49:15 min co dało mi ostatecznie czas 4:39:50 i dystans 60,07 km. Do końca limitu miałem 7:20h, żeby pokonać 40 km, ale zdecydowałem, że zdrowie jest ważniejsze. Ostatecznie zostałem sklasyfikowany na 175 miejscu na 200 zawodników. Pozycja odległa, ale regulamin pozwalał na to, aby ukończyć przed 100 km i wynik, jaki się uzyska będzie zaliczony. Jak się okazało jest to mój nowy rekord życiowy na dystansie 60 km. Pewnie kiedyś miałem lepsze międzyczasy, ale taki typowo 60 km dystans pokonałem tego dnia najszybciej. Mizerne to pocieszenie, bo cel był jasny, walka o jak najlepsze miejsce w mistrzostwach Polski.

 

Po 60 km (zdj. Artur Bielec)


Teraz czas na regenerację, wyleczenie urazów i przygotowanie planów na 2019 rok. Tern 2018 przynosił upadki i wzloty. Zacząłem dość mocno trenując na początku roku, później przyszła kontuzja, która wyłączyła mnie z treningów na ponad miesiąc. Było kilka udanych startów, 3 życiówki. Jednak docelowe setki nie poszły po mojej myśli. Poprawiłem się na 50 km, 60 km i w biegu 12-godzinnym.

 

 

13 listopada 2018

Partnerzy