Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

Mistrzostwa świata w Chorwacji.

Mistrzostwa świata na dystansie 100 km w Chorwacji.

 

Foto: Sveti Martin na Muri, Chorwacja (zdj. Beata Bedkowska)

 

W miejscowości Sveti Martin na Muri w Chorwacji, 8 września odbyły się 30 mistrzostwa świata na dystansie 100 km pod egidą międzynarodowej organizacji ultrabiegów (IAU). Dla mnie były to 4 mistrzostwa, na których startowałem w Reprezentacji Polski. To był dla mnie bardzo intensywny weeknd, ponieważ reprezentowałem Polskę w podwójnej roli. Pierwsza to jak zawodnik. Druga to jako kandydat PZLA w wyborach do władz IAU. W tym roku w ramach wyborów wybierany był prezydent, wiceprezydent i jeden z dyrektorów IAU. Ja startowałem w wyborach na dyrektora. Na jedno stanowisko kandydowało aż 7 osób, dlatego miałem trudne zadanie do wykonania. Drugie zadanie to oczywiście start na setkę.

 

W Chorwacji pojawiłem się w czwartek wieczorem i od samego początku miałem dużo pracy. Tego dnia zaplanowany miałem udział w seminarium, a po jego zakończeniu kilka wywiadów z zawodnikami i kierownikami reprezentacji. Piątek zapowiadał się jeszcze bardziej pracowicie. Od 9 rano prowadziłem 2 konferencje prasowe. Pierwsza z zaproszonymi gośćmi, przedstawicielami IAU i organizatorów. Po tej części był czas na konferencję z zawodnikami. W panelu miałem znakomitych zawodników, 3 panie i 3 panów, dlatego sporo się działo. Kilka minut po konferencji przyszedł czas na najważniejszy moment tego dnia dla mnie. O 10 rano rozpoczął się kongres IAU, na którym przybyłe federacje miały głosować w wyborach. Zanim to jednak nastąpiło odbyło się kilka typowych przeglądów z pracy IAU, w których ja również brałem udział. Ponieważ zajmuje się komunikacją IAU, dlatego prezentowałem wykonaną pracę przez ostatnie 12 miesięcy. Przed 12 rozpoczęły się wybory. Muszę przyznać, że bardzo się denerwowałem, ponieważ miałem mocną konkurencję. Każdy z kandydatów był dość długo zaangażowany w prace IAU i dobrze znany kierownikom federacji. W czasie kongresu zebrało się 39 krajów z prawem głosu dlatego, aby wygrać w wyborach w pierwszej turze, trzeba było zebrać większość, czyli 20 głosów. Kiedy przewodniczący komisji ogłaszał wyniki byłem mocno zaskoczony, dostałem 18 głosów co było największą liczbą. Mimo wszystko zabrakło 2 głosów, aby osiągnąć wymaganą większość, dlatego czekała nas drugą turę. Tak duża ilość głosów stawiała mnie w roli faworyta na wygraną w drugiej turze. Tak też się stało. Mogę powiedzieć, że zdeklasowałem rywali. Federacje zaufały mi i dały szansę pokazać co potrafię i przede wszystkim mieć szansę promować biegi ultra globalnie. Wybór na Dyrektora IAU oznacza, że będę musiał poświęcić mój wolny czas na zadania związane z tą pracą, kolejny wolontariat w moim CV. To jest pierwszy raz, kiedy Polak zasiada w składzie władz IAU.

 

Foto: CV i program wyborczy (przygotowanie Aneta Mikulska)

 

To nie był koniec pracy na ten dzień. Po obiedzie czekało mnie kilka spotkań. Na początek odprawa techniczna, później weryfikacja strojów kadry i na koniec travel grant. Na szczęście miałem wsparcie naszych super zawodników i serwisu. Jeszcze przed ceremonią otwarcia zrobiliśmy sobie małe spotkanie drużyny, żeby obgadać sprawy techniczne, serwis itd. Później otwarcie mistrzostw z prezentacją krajów i na zakończone kolacja. Po długim piątku zostało przygotować strój startowy, butelki na punkt odżywczy i można było iść spać.

 

Foto: na trasie (zdj. Patrycja Horyza)

 

Sobota to oczywiście bieg. Start zaplanowany był na 7 rano, dlatego było troszkę czasu na śniadanie. Tym razem zrezygnowałem z jedzenia przed biegiem. Nie czułem się jakoś specjalnie głodny. Zaniosłem butelki na punk i mogłem iść do strefy startu. To już taka typowa rutyna. Sprawdzanie strojów przez sędziów i można wchodzić do strefy. Przed samym startem kilka zdjęć i lecimy. Tym razem do pokonania mieliśmy małą 2,5 km pętlę, a po jej ukończeniu na tej samej trasie 13 razy biegliśmy 7,5 km okrążenie. Było to 3,5 km w jedną stronę i wracamy tą samą drogą. Nie miałem czasu sprawdzić trasy wcześniej, ale pomyślałem, że skoro będę biegał po niej 14 razy, to nie ma co się przejmować. Wiedziałem tylko, że jest kilka podbiegów. Jak się okazało po pierwszym pełnym okrążeniu, trasa to kręta droga w całości z podbiegami i zbiegami. Nie było na niej płaskich odcinków, gdzie można było dać odpocząć nogą. To oznaczało jedno, trzeba było biec zupełnie inaczej, niż zakładałem wcześniej. Nie było mowy o trzymaniu zakładanego tempa, bo ciągle jak nie zbieg to podbieg. Postanowiłem trzymać się średniego tempa na okrążenie i oscylować w tempie na wynik 7:30h. Wydawało mi się to rozsądnym podejściem. Bardzo dużo się działo na trasie, dużo mijanek, pokrzykiwanie do naszych zawodników, dlatego nawet nie wiem, kiedy przebiegłem pierwsze 25 km. To był ten moment, kiedy poczułem się dobrze dogrzany i biegło mi się super. Zrobiło się też ciepło. Trzymałem się swojego planu, a kilometry uciekały. Na półmetku, czyli po 50 km pojawiłem się w 3:44:45, co oznaczało tylko jedno, biegnę równo i na wynik, który tego dnia na tej trasie wydawał się osiągalny. Ciągłe zmiany profilu trasy mocno obciążały nogi i mimo wszystko męczyły kondycyjnie, bo tempo biegu zmieniało się praktycznie co chwila, ale nie mogłem nic z tym zrobić. Na punkcie odżywczym zaraz przed metą, pomagał mi Artur, który spisywał się idealnie. Widzieliśmy się tylko kilka sekund na każdym okrążeniu, ale podawał mi wszystko, co potrzebowałem. Miałem przygotowane moje sprawdzone picie i za każdym razem zabierałem 2 butelki na drogę. Kolejny raz nawadnianie było super i nie miałem problemów z żołądkiem przez cały bieg. Tylko ta trasa i temperatura robiły swoje.

 

Foto: wbiegam na metę (zdj. Beata Bedkowska)

 

Po 4 godzinach zaczęło dopiekać słońce. Dość szybko wzrosła temperatura, co sprawiło, że pokonywanie i tak trudnej trasy było naprawdę wymagające. Kilka razy karetka zabierała zawodników z trasy, którzy przeliczyli swoje możliwości i przegrali tego dnia z profilem trasy i wysoką temperaturą. Ja jednak skupiłem się na sobie, dodatkowo miałem okazję mijać się z całą naszą drużyną dość często, dlatego widziałem, jak sobie radzą. Dziewczyny biegły bardzo równo i nie było widać po nich zmęczenia. Troszkę inaczej to wyglądało z nami. Praktycznie wszyscy mieliśmy problemy na trasie. Największe z nich dopadły Piotrka, który ostatecznie musiał zakończyć swój udział w biegu po 71 km. Jak później relacjonował, nie mógł więcej biec przez odparzone stopy. Kamil, Paweł i ja również męczyliśmy się na trasie. Praktycznie każdy z nas myślał o zejściu z trasy. Mimo trudów motywowaliśmy się do walki i ze złością brnęliśmy dalej. Zależało nam na rywalizacji drużynowej, dlatego opcja ukończenia tej setki była jedyną, jaką mieliśmy.

 

Foto: na mecie z dziewczynami (zdj. Krzysztof Pozorski)

 

Jeśli chodzi o mnie, to pokonały mnie skurcze. Praktycznie po 72 km zaczęła się moja walka z nimi. Musiałem bardzo uważać, bo już nie raz miałem takie problemy i wiem jak mogło się to skończyć. W moim debiucie w 2012 roku w Kaliszu zapłaciłem za to dobrym miejscem i czasem. W 2015 roku, kiedy biegłem w Winschoten, na 1,5 km przed metą skurcze tak zablokowały mi nogi, że upadłem na trasie i nie mogłem wstać. W 2016 w czasie 50 milowego biegu w New York było podobnie, ale tam zareagowałem wcześniej i udało się uratować troszkę wynik. Musiałem ostrożnie obchodzić się z nogami również tym razem. To oznaczało jedno, skończyła się moja walka o czas w tych mistrzostwach, a zaczęła się walka o przetrwanie. Po 80 km bolało mnie już wszystko, ale w głowie miałem tylko jeden cel, dobiec do mety. Jeszcze w piątek mówiłem wszystkim na spotkaniu, że nie zależnie od tego, co będzie się działo na trasie, musimy skończyć te mistrzostwa. Ja, jeśli będzie trzeba, to będę się czołgał, ale ukończę ten bieg. Ten czarny scenariusz się sprawdził. Kiedy mijałem dziewczyny szybko się zorientowały, że mam bardzo duże problemy i mocno mnie motywowały do biegu. Szczególnie Gosia, która zawsze z uśmiechem pokrzykiwała, że walczymy do końca. Na ostatnim okrążeniu, kiedy ją mijałem po raz ostatni wymieniliśmy waleczne spojrzenia, a Gosia powiedziała do mnie „kończymy to” i tak się stało. Wbiegłem na metę wymęczony skurczami, ale bardzo szczęśliwy. Walka się opłaciła, bo biec dla kraju to jest coś pięknego i miałem w głowie tę myśl, że ból przeminie, a medal za ten trud zostanie. Chwilę później na metę wpadła Wiola z nowym rekordem Polski. Gosia i Joanna nie wiele później za nią a co najważniejsze one również pobiegły szybciej od rekordu Polski z 2017 roku z Kalisza. To było coś pięknego. Dziewczyny zachowały zimną krew i w przeciwieństwie do nas biegły rozsądnie i przede wszystkim równo. My biegliśmy mocno i musieliśmy zapłacić za takie decyzje na takiej trasie. Czas Kamila i mój odbiegają od naszych rekordów z Kalisza z poprzedniego roku. Kamil pobiegł 7:45:08 (7:17 w Kaliszu), ja pobiegłem 8:06:14 (7:22 w Kaliszu). Dla Pawła był to debiut z czasem 7:56:06. Drużynowo zajęliśmy 13 miejsce, a dziewczyny wysokie 5. Ja jestem 65 zawodnikiem na świecie. Pomimo tak dużych problemów jest to mój 2 wynik na mistrzostwach. Jestem bardzo zadowolony, bo udało się pokonać słabości fizyczne motywacją i chęcią ukończenia tego biegu. To jest bardzo dobra lekcja na przyszłość. Takie są uroki biegów ultra, są nieprzewidywalne i czasami pomimo dobrej dyspozycji coś może pójść nie tak i pokrzyżować plany startowe.

 

Foto: międzyczasy

 

Przyjdzie jeszcze czas na analizę biegu i wnioski. To nie jest moje ostatnie słowo i jak zdrowie pozwoli, to będę dalej walczył o jak najlepszy wynik na dystansie 100 km. Dziękuję wam za wsparcie i miłe słowa. To właśnie dzięki Wam zbieram siły na takie chwile próby na trasie. To jest piękne w bieganiu, że musimy sprostać trudom tego konkretnego dnia, startu a po przekroczeniu linii mety, pomimo bólu zostaje ta ogromna radość w sercu. Nogi oczywiście bolą mocno, ale za kilka dni wszystko wróci do normy i będzie można podjąć rękawice i realizować plany i marzenia.

 

Foto: powołanie do kadry

 

 

25 września 2018

Partnerzy