Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

Hangzhou Ultramarathon część 1

Wyniki w 2017

 

Rok 2017 był dla mnie bardzo udany. Poprawiłem się na wszystkich dystansach a wisienką na torcie był brązowy medal Mistrzostw Polski na moim koronnym dystansie 100 km. W mistrzostwach ustanowiłem również nowy rekord na tym dystansie, 7:22:32. Dodatkowo poprawiłem się w maratonie, 2:41:27, ustanowiony podczas Mistrzostw Polski w maratonie, gdzie zająłem 7 miejsce. Na koniec nowy rekord w Łowickim Półmaratonie Jesieni, 1:17:47. Wszystkie imprezy były dla mnie bardzo ważne i co najważniejsze ustanowiłem w nich nowe rekordy. Czego można chcieć więcej.

 

Foto: 100 km Mistrzostw Polski w 2017 (zdj. Jacek Deneka, Ultra Lovers)

 

Udało się również odnieść sukces na polu marketingowym, gdzie nawiązałem współpracę z kilkoma super ludźmi, Przemek, Marcin, Anita. Dodatkowo od jesieni zostałem szefem zespołu do spraw komunikacji w IAU. Zajmuję się nadzorowaniem komunikacją globalną dla IAU.

 

Zaproszenie

 

Moje wyniki sportowe zostały zauważone w państwie środka, co poskutkowało zaproszeniem na 2017 Hangzhou Ultramaraton. W ramach tej imprezy zorganizowano bieg 24 godzinny (główna impreza), 12 godzinny, 6 godzinny indywidualnie i 6 godzinna sztafeta, bieg 1 godzinny i 24 minutowy. Wszystkie konkurencje rozgrywane są na bieżni lekkoatletycznej. Mam tą przyjemność wystartować w biegu 6 godzinnym. Zawody odbywały się od 9 do 10 grudnia, a mój start zaplanowano na sobotę, na godzinę 11:15. Ciekawostką tego biegu jest fakt, że główny sponsor ufundował złoty puchar, na którym wygrawerowane zostaną nazwiska zwycięzców biegu 24H. Puchar niestety zostaje w Chinach, ale zawodnicy mogą pocieszyć się wysoką nagrodą finansową, którą ufundował producent skarpetek dla sportowców Orient Befit. Jak łatwo można zauważyć poniżej, oba elementy zostały podkreślone w logo imprezy.

 

Foto: logo biegu.

 

 

Wyjazd i pierwsze dni w Chinach

 

Wyjazd do Chin zacząłem organizować na ponad miesiąc przed planowanym wyjazdem. Na początek zaproszenie potem oczywiście bilety lotnicze i ostatecznie wiza. Wszystko poszło dość sprawnie, co mnie bardzo ucieszyło. Był to dość spory wydatek, bo do pokonania jest ponad 9 tysięcy kilometrów, a sama wiza to koszt 260 pln.

 

Na szczęście miałem bezpośredni lot do Shanghai więc podróż nie trwała w nieskończoność. Zaraz po przylocie szybko przedarłem się przez kontrolę paszportową i mogłem spokojnie jechać do Hangzhou. Było mi o tyle łatwiej, że z lotniska zabrał mnie kierowca i zawiózł prosto do hotelu. Po 2,5 godzinach jazdy mogłem zameldować się w recepcji.

 

Do startu miałem prawie cały tydzień, więc mogłem skoncentrować się na zwiedzaniu miasta i kilku spotkaniach.

 

Foto: na lotnisku w Shanghai (zdj. Beata Bedkowska)

 

 

Już pierwszego dnia wyszedłem na mały rekonesans na miasto aby troszkę pobiegać i zobaczyć, co ciekawego jest w okolicy hotelu. Jedno, co zauważyłem to dziwny pęd w mieście. Mieszkam na osiedlu akademickim i wszyscy gdzieś biegną, dosłownie biegną. W godzinach szczytu mało kto szedł. Kolejną rzeczą jaką szybko udało mi się zauważyć to bardzo częste trąbienie kierowców, wszechobecni rowerzyści i motocykliści. Kierowcy jednośladów nie używają oświetlenia po zmroku, a co najgorsze jeżdzą po chodnikach. Nie obeszło się oczywiście bez słynnego smogu. W końcu jakiś „smog celebryta”. Ponadto spore ograniczenia są jeśli chodzi o język i komunikację. Mało kto mówi po angielsku. Na szczeście w niektórych restauracjach w menu są obrazki i można pokazywać palcem. Na koniec typowe ograniczenia związane z dostępem do internetu, a dokładniej do różnego rodzaju mediów i stron. Nie ma możliwości zerknąć na Facebooka, Twittera, What’s up, Youtube, całą platformę Google itd. Jednym słowem jestem odcięty od świata.

 

Foto: zwiedzania początek (zdj. Beata Bedkowska)

 

Poranny trening w parku

 

Drugiego dnia pobytu w Hangzhou postanowiłem wyjść na poranny trening do pobliskiego parku. Miałem do niego około 0,7 km, a tam na miejscu do dyspozycji jedno kółko o długuści 1,5 km. Biegało się bardzo przyjemnie i co najważniejsze zdala od samochodów. Zdziwiło mnie jednak zachowanie ludzi w parku. Dzień wcześniej zauważyłem, że wszyscy gdzieś biegną i w parku nie było inaczej. Sam fakt biegania czy też szybkiego marszu nie był taki zaskakujący, co ich stroje. Większość z nich była w typowych ubraniach jakie zakładamy do pracy, a nie na spacer czy jogging. Tutaj widok pana robiącego szpagat w marynarce i pantoflach nikogo nie dziwi. Panie ubrane w garsonki, plaszcze i uprawiające power walking to normalka. Strój sportowy nie był często przez mnie widziany. Biegając typowo na sportowo czułem się w pewnym sensie dziwnie. Po prostu wariat biega w spodenkach i podkoszulce sportowej, dodatkowo co jakiś czas spoglądając na zegarek.

 

Foto: widoki w pobliskim parku (zdj. Beata Bedkowska)

 

 

To jednak nie koniec. Kiedy mijałem grupę 4 panów jeden z nich zaczął bardzo głośno krzyczeć. Krzyczał dobre pół minuty. Pomyślałem sobie wariat, ale kiedy za kilka minut ktoś inny tak samo się zachowywał zacząłem się domyślać, że to typowy trening przepony. Takich wrzeszczących spacerowiczów mijałem jeszcze kilka razy, a biegałem raptem godzinkę. Oj jaki ten kraj jest inny. Wszyscy się spieszą, ale znajdują czas na to żeby pójść na godzinny spacer.

 

          

 

Foto: śniadanie

 

Po bieganiu przyszedł czas na śniadanie w hotelu. Tutaj zaskoczyła mnie różnorodność przygotowanych dań. Były typowe smażone czy gotowane jajka, bekon, ale można było znaleźć całą masę lokalnych dań. Sajgonki ze szpinakiem, różne rodzaje makaronu, ryż w różnych postaciach, warzywa zapiekane, cebula w panierce czy tez pieczony wąż są na porządku dziennym. Oczywiście ja skupiłem się na danich vege, których tutaj nie brakuje. Muszę przyznać, że wiele smaków mocno mnie zaskoczyło. Po tak orientalnym śniadaniu reszta dnia upłynęła na relaksie i zwiedzaniu.

 

Kilka zdjęć ze zwiedzania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

05 grudnia 2017

Partnerzy