Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

Barcelona Marathon 2018

To w Barcelonie wszystko się zaczęło, mój debiut maratoński, dlatego wracam na trasę do Barcelony z sentymentem. W 2018 roku był to mój 3 start w tym mieście. Zanim to jednak się stało, sporo się wydarzyło.

 

 

Foto: Radosław Piasecki

 

Przygotowania do pierwszej części sezonu 2018 rozpocząłem jeszcze w 2017 roku, a dokładnie w połowie grudnia. Wszystko szło bardzo dobrze. Biegało mi się lekko i co najważniejsze robiłem to, co zaplanowałem. W styczniu udało mi się przebiec ponad 700 km. Dodatkowo dołożyłem sporo pracy około biegowej i jazdy na rowerze. Byłem bardzo zadowolony i z optymizmem patrzyłem na zaplanowane starty na wiosnę. Początek lutego przebiegał dokładnie tak samo, jak styczeń, czyli dużo treningów. Wszystko jednak zmieniło się 13 lutego. Na porannym treningu spotkała mnie przykra niespodzianka. Po przebiegnięciu 3 km przewróciłem się na chodniku. Uderzenie było dość mocne, bo przez około 2 minuty nie mogłem się pozbierać z chodnika. Miałem mocno obolałe i pościerane ręce a do tego zakrwawione kolana. Tego dnia było zimno, dlatego niska temperatura i adrenalina zrobiły swoje, nie czułem za dużo bólu i postanowiłem skończyć trening. Cały dzień jeszcze spędziłem w pracy, ale z godziny na godzinę ból się nasilał, aż do tego stopnia, że musiałem pojechać do szpitala. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Praktycznie nie mogłem ruszać rękoma. Po kilku godzinach w szpitalu (8 godzin), kilku prześwietleniach i ściągnięciu płynu w obu łokci dowiedziałem się, że mam złamane obie główki kości w łokciach. Nie ma się co dziwić, bo mocno uderzyłem o chodnik. Wszystko zadziało się tak szybko, że nie zdążyłem zareagować. Kiedy wróciłem do domu moja Betka nie mogła uwierzyć. Sam lekarz też mi wspołczuł, bo w jednej chwili stałem się mało użyteczny. To oznaczało tylko jedno, przerwa od biegania i ból, z którym musiałem się zmagać każdego dnia.

 

Do startu w Barcelonie pozostawały 4 tygodnie, a tu taki pech. Wiedziałem, że są tylko iluzjoniczne szanse, żeby pobiec w Hiszpanii. Przez pierwsze kilkanaście dni ból był dość mocny i nie za wiele mogłem robić. Ograniczyłem też moje wyjścia z domu. Na szczęście dla mnie lekarz postanowił, że nie będzie zakładał mi gipsu. To taki nowy sposób, żeby ustrzec się sztywnych i mało ruchomych stawów. Wyglądałem dobrze i pewnie nikt by nie powiedział, że coś jest nie tak, ale ból towarzyszył mi każdego dnia.

 

 

Po 2 tygodniach miałem pierwszą wizytę kontrolną, na której dowiedziałem się, że kości ustawiły się w dobrej pozycji i na 99% obejdzie się bez operacji. Wszystko miało zależeć od tego, jak ruchome będą moje stawy. Takie wiadomości bardzo mnie ucieszyły i zacząłem delikatnie pracować nad mobilnością. Mijały kolejne dni rehabilitacji i zbliżałem się do tego dnia, kiedy musiałem podjąć decyzję co robić. Miałem już wszystko zorganizowane i szkoda było nie lecieć do Barcelony. Kolejna wizyta u lekarza dosłownie przed samym wyjazdem i dostałem informacje, że wszystko idzie bardzo dobrze. Fizjoterapeuta był zaskoczony postępami. Dostałem odpowiedz, że od weekendu (termin maratonu) mogę zacząć biegać, pod warunkiem, że przestane to robić, jeśli pojawi się ból. Jak tylko wyszedłem z gabinetu to myślami pakowałem już torbę na wyjazd. Uff, jednak lecę. Pozostała kwestia jak będzie na samym maratonie.

 

W Barcelonie pojawiłem się w piątek w nocy. Szybko dotarłem do hotelu i jeszcze tej samej nocy poszedłem na spacer. Tyle emocji i szczęści, że nie mogłem sobie odpuścić. W sobotę rano umówiłem się z Tomkiem, Natalią i resztą super ekipy na bieg śniadaniowy. Sporo się działo tego poranka. Pogoda oczywiście wyśmienita, super ASICS FrontRunner Team. Robiliśmy wiele zdjęć, dobrze się bawiliśmy. Na koniec zostało odwiedzić Expo, odebrać pakiet i można było odpoczywać. Czas szybko jednak leciał i dopiero około 16 byłem w hotelu. Zrobiłem sobie 2-godzinną drzemkę i później spotkałem się jeszcze z innymi znajomymi. To tyle, jeśli chodzi o wrażenia przed biegiem. Zostało tylko dobrze się wyspać i przemyśleć jak pobiec ten maraton. W głowie miałem wiele myśli co robić i nie mogłem się zdecydować. Miesiąc bez biegania, dlatego postanowiłem, że nie będę szalał i postaram się pobiec spokojnie. Liczyłem na wynik w okolicach 3 godzin. Ten wynik wydawał mi się realny. Z takim postanowieniem poszedłem spać.

 

 

Foto: Radosław Piasecki

 

Spałem bardzo dobrze, bo niby dlaczego miało być inaczej. Nie musiałem stresować się wynikiem, znałem miasto i trasę. Rano zjadłem małe śniadanko i poszedłem na start. Mieszkałem bardzo blisko, dlatego miałem super spacer. Rano na miejscu spotkałem tysiące biegaczy, atmosfera super. Szkoda tylko, że w tym tłumie nie udało mi się spotkać żadnego znajomego. Spokojnie udałem się do strefy starotwej i czekałem na strzał. O 8:30 rano ruszyliśmy i co się stało. Niesiony tłumem i troszkę chorymi ambicjami szybko zweryfikowałem strategię. Pomyślałem sobie, że nie mam nic do stracenia i mogę powalczyć o wynik. Postanowiłem zaatakować 2:50h. Moja życiówka to 2:41h, dlatego zapas jakiś był. Oczywiście kompletnie nie dopuszczałem sobie do głowy myśli, że miałem długą przerwę i nie jestem w pełni sprawny. Na szczęście zadbałem dobrze o łokcie, zakładając opaski kompresyjne, które pomogły wyśmienicie w utrzymaniu stawów w odpowiedniej konfiguracji. Jak to jednak bywa w takich sytuacjach pojawiły się inne problemy. Od samego początku bolały mnie łydki. Można powiedzieć, że już po 1 km miałem dość mocny ból. Ten utrzymywał się do samego końca biegu i jeszcze kilka dni po nim. Nie wiem co się stało, ale może troszkę za dużo chodziłem po Barcelonie.

 

Przez pierwsze 10 km mocno się kontrolowałem i cały czas trzymałem tempo w okolicach wyniku 2:50h. Tuż przed półmetkiem miałem jednak troszkę pod górkę. Chwila dekoncentracji i tempo spadło, co ostatecznie odbiło się na międzyczasie na półmetku (1:25:34). Taki czas cały czas dawał realne szanse na sub 2:50h. Miałem jednak świadomość, że mój piękny sen może w każdej chwili się skończyć. Tak też się stało, nie od razu, ale jednak. Tempo biegu zaczynało spadać. Jeszcze na 25 km walczyłem, ale kolejne 3 km dały mi się we znaki i kiedy zobaczyłem 28 km zdałem sobie sprawę, że teraz będzie prawdziwy ból. Tak też było. Zacząłem odliczać każdy kilometr. Widziałem, że do mety jest jeszcze daleko i broniłem się przed tym, żeby nie zacząć maszerować, bo to by mnie „zabiło”. Tempo w takim przypadku spada na łeb na szyję, a tak biegnąc cały czas robiłem kilometry poniżej 4:30 min. Wmawiałem sobie, że jak na 10 km przed metą będę miał „tyle” czasu to dam rade. Odliczanie trwało od znacznika do znacznika.

 

 

Największy kryzys złapał mnie na 36 km. Nie myślałem już o niczym innym jak tylko zatrzymać się i spokojnie dość do mety. Barcelona to jednak magiczne miejsce. Kibice są wszędzie i dodają bardzo dużo energii. Co chwilę słyszałem moje imię i wolno, ale mimo wszystko biegłem dalej. Postanowiłem, że dotrwam do 40 km biegnąc, a tam rozpocznę spokojny masz. Wiedziałem, że mam szansę złamać 3h, ale nie miałem za dużo mocy, żeby się zmotywować do walki. Kiedy pojawiłem się na 40 km miałem ponad 11 minut, żeby dostać się do mety (2,195 km). Z jednej strony mogłem spokojnie iść, ale przypomniałem sobie jeden istotny element. Kolejny raz obudziła się we mnie wola walki i chęć rywalizacji. W regulaminie Grand Prix Rembertów Team, w którym biorę udział, jest zapis, że przy złamaniu 3h w maratonie przyznawane są dodatkowe punkty. To była dla mnie super motywacją. Zebrałem się jak tylko mogłem i walczyłem dalej. Wiedziałem, że jak będę spokojnie biegł i nie szarpał tempa to złamie te 3 godziny. Dodatkowo kibice swoim dopingiem mocno mnie motywowali. Kiedy dobiegałem do ostatniego zakrętu na placu Espania wiedziałem, że uda mi się. Meta jest moja i mogę cieszyć się z kolejnego doświadczenia. To był 3 maraton w Barcelonie, a mój 14 w ogóle. Byłem zmęczony, ale zadowolony z wyniku 2:58:32. Tego dnia chyba dużo więcej nie mogłem zdziałać. Zaryzykowałem z tym 2:50h i nie udało się a jestem zadowolony, bo walczyłem do końca. Jeszcze tego samego popołudnia musiałem uciekać na lotniska i wracać do domu. Udało mi się jednak kolejny raz odwiedzić Barcelonę, złapać sporo promyków słońca i naładować się pozytywną energią.

 

 

Teraz czas wracać do treningów, aby odbudować formę. Czy uda mi się jeszcze pobiec coś mocno na wiosnę, tego nie wiem. Muszę trenować i po kilku tygodniach podejmę decyzję co dalej. Cel na jesień pozostaje bez zmian.

 

14 maja 2018

Partnerzy