Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

35. Frankfurt Marathon

Do Frankfurtu jechałem w jednym celu, pomóc Marcinowi w złamaniu 3h w maratonie. To już nasz drugi wspólny maraton w takim ustawieniu. Ja prowadze jako „pacemaker” a Marcin biegnie. Pierwszy raz pobiegliśmy tak na wiosnę 2015 roku w Barcelonie. Teraz padło na Frankfurt. Jak tylko dowiedziałem się, że Marcin chce pobiec ten maraton, zaproponowałem mój serwis. Długo nie trzeba było się zastanawiać, termin bardzo mi pasował, bo i tak miałem zaplanowane długie wybieganie w tym czasie. Dodatkowo mam już troszkę doświadczenia w prowadzeniu maratonów a szczególnie Marcina.

 

W tym maratonie jeszcze nie biegałem, ale jest tak znamy, że nie trzeba było mnie specjalnie przekonywać, że to dobre miejsce na robienie życiówki. Na kilka dni przed startem sprawdziłem dobrze trasę, punkty odżywcze i czekałem spokojnie na instrukcje od Marcina jak mamy biec. Nie jest tajemnicą, że obaj lubimy biegać „negative split” i na takie ustawienie liczyłem.

 

Foto: moja rozpiska przygotowana przed samym startem.

 

We Frankfurcie pojawiłem się z rodzinką w sobotę i szybko ogarnęliśmy temat pakietu startowego i zakwaterowania. Tym razem hotel mieliśmy 150 m od linii startu co bardzo mnie cieszyło. Specjalnie nie forsowałem się i nie miałem w planach żadnego zwiedzania, bo nie chciałem tracić zbędnie sił. Tym bardziej że w sobotni poranek pobiegałem prawie 20 km po crossowej trasie, zanim udaliśmy się na bieg.

 

Foto: sobotnia wizyta na mecie

 

Foto: w drodze po pakiet

 

Wieczorem mieliśmy zaplanowaną kolację z ASICS Fronrunner Team, dlatego nie mogłem się doczekać spotkania z biegaczami i poznania nowych Teamowiczów. Miałem okazje pogadać z kolegami, z którymi przyjdzie mi się ścigać w Hiszpanii. Nie zabrakło oczywiście dobrego jedzenia i ładowania „węgli”, ale oczywiście z umiarem.

 

Foto: na kolacji z ASICS Frontrunners Team

 

Po dobrym jedzonku szybko uciekliśmy do hotelu, żeby jak najwięcej odpoczywać. Mieliśmy to szczęście, że w nocy przed startem, który zaplanowany był na 10 rano, zmieniał się czas i mogliśmy pospać dłużej. Następnego ranka szybkie śniadanie razem z Bartkiem i można było się szykować na pamiątkowe zdjęcie. Troszkę się szukaliśmy, ale na godzinkę przed startem udało się zrobić zdjęcie przy starcie.

 

Foto: ASICS Frontrunner Polska, ja, Monika, Bartek, Tomek i Marcin

 

Przed samym startem zrobiliśmy małą rozgrzewkę i można było ustawić się w strefie. Byliśmy tak na parę minut przed 10, dlatego musieliśmy ustawić się prawie na końcu strefy. To jednak nie miało dużego znaczenia, bo cała strefa teoretycznie biegła na czas poniżej 3h, dlatego wszyscy zaczęli mocno. Od samego początku trzymaliśmy się planu. Tak jak wspominałem wszyscy zaczęli mocno, dlatego nie było problemu z utrzymaniem zaplanowanego tempa biegu. Na zakrętach i zwężeniach było ciasno, ale bez problemu dało się biec.

 

Foto: kilka minut przed startem

 

Już na 2 km odezwał się mój pęcherz. Sporo się nawadniałem w sobotę i niedzielny poranek, dlatego miałem z tym mały problem. Postanowiłem jednak biec dalej. Jeszcze przed 5 km przyłączył się do nas Jacek z Gdańska. Wszystko szło zgodnie z planem i mieliśmy kilkanaście sekund zapasu. Cały czas sprawdzałem jak biegnie się Marcinowi i Jackowi i podawałem im wodę na punktach. To taki typowy serwis z mojej strony. Zawodnik biegnie swoje, a ja zapewniam cały serwis wliczając podawanie picia, jedzenia. Oczywiście informuje cały czas o tempie biegu, ewentualnych stratach czy zapasie i mocno motywuje.

 

Kiedy mieliśmy już 15 km w nogach poinformowałem Marcina, że muszę skorzystać z „ToyToy”, bo dalej nie dam rady biec. On miał biec swoje, a ja miałem dogonić ich jeszcze przed kolejnym punktem odżywczym. Potrzebowałem 1,5 km i biegliśmy ponownie razem. Szybko udało się odzyskać pełną kontrolę. Co jakiś czas pytałem Marcina jak mu się biegnie i wszystko wyglądało bardzo dobrze. Byłem zadowolony, bo biegliśmy bardzo dobrze w super towarzystwie.

 

Foto: wykres naszego biegu w odniesieniu do planu.

 

Jeszcze na półmetku mieliśmy zapas, który utrzymywał się do 28 km. Schody zaczęły się później. Marcin zaczął tracić na szybkości i stopniowo traciliśmy wypracowany zapas. Na 30 km mieliśmy już małą stratę, ale cały czas była duża szansa na złamanie tych 3h bo plan zakładał, że na mecie pojawimy się ponad pół minuty szybciej. Od 29 km mieliśmy przyspieszyć do 4:12 min/km, to jednak się nie udało. Wiedziałem, że będzie ciężko, dlatego za wszelką cenę starałem się utrzymać tempo. Wiadomo to jest jednak maraton i tu wszystkiego nie da się zaplanować.

 

Kiedy dotarliśmy do 35 km mieliśmy 59 sekund starty do naszego planu. Nie było tragedii, ale Marcin nie miał siły przyśpieszać. To oznaczało, że nasze szanse na złamanie 3h właśnie zaczęły się szybko oddalać. Od 35 do 40 km straciliśmy najwięcej. Jeszcze na 5 km do mety mieliśmy szansę na poprawienie życiówki Marcin z naszego wspólnego startu w Barcelonie, ale to oznaczało bieg w tempie 4:26 min/km. Co przy aktualnej dyspozycji nie wyglądało najlepiej. Podjeliśmy jednak walkę. Po około 1 km Marcin jednak stwierdził, że to może zakończyć się bardzo źle, dlatego podjęliśmy jedyną słuszna decyzję, że chcemy w dobrej formie dobiec do mety.

 

Pomimo trudności na trasie Marcin na końcu biegu zebrał się i jak zwykle miał piorunujący finish. Miałem duże problemy, żeby go dogonić. Ostatnie 200 m biegliśmy z wysoko uniesioną flagą nad naszymi głowami. Muszę przyznać, że to były piękne chwile. Dla mnie to chyba był jednak jeden z najłatwiejszy maratonów.

 

Bardzo polecam ten bieg. Pomimo tego, że jest bardzo dużo biegaczy to jednak na trasie jest OK. W tym roku ukończyło bieg prawie 15 tys. maratończyków.

 

 

11 listopada 2016

Partnerzy