Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

Fidelitas Nacht Marathon

Wygrany Fidelitas Nacht Marathon w Karlsruhe

 

Foto: podium maratonu

 

Nocny maraton w Karlsruhe w Niemczech był moim 13 startem na koronnym dystansie i okazał się dla mnie bardzo udany. Wygrałem bieg z bardzo dobrym czasem 2:44:19. Mając na uwadze trialowy profil trasy (+ 600m podbiegów) to super wynik i dodatkowo bliski mojego rekordu w maratonie. Jeszcze dwa lata temu mój oficjalny wynik w maratonie miałem 3:03h. W 2016 roku mocno się poprawiłem i w OWM pobiegłem rekordowo w 2:46:42. W tym roku miałem 2 maratony i oba wyniki poniżej 2:45h. Jest z czego się cieszyć.

 

Do Karlsruhe przyjechaliśmy w sobotę rano, tak aby na spokojnie zameldować się w hotelu. Start zaplanowany był na godzinę 20:00, dlatego mieliśmy dużo czasu. Nie planowałem długiego biegania po mieście. O godzinie 18 wybrałem się spacerkiem do biura zawodów odebrać pakiet. Szybko i sprawnie wszystko poszło i mogliśmy jechać na start. Autobusem pojechaliśmy w wyznaczone miejsce. Miałem godzinę do startu, dlatego mogłem spokojnie odpoczywać i koncentrować się na biegu. Cały czas dopisywała nam iście letnia pogoda, gorąco w okolicach 30 C. Przez cały tydzień treningi robiłem w samo południe, dlatego jakoś dawałem sobie radę z wysoką temperaturą.

 

Foto: przygotowania w hotelu (zdj. Beatka)

 

Ustawiłem się w pierwszym szeregu i po wystrzale startera od samego początku mocno pobiegłem do przodu. Pierwsze 20 km trasy to podbiegi, dlatego nikt nie szarpał się i prowadziłem bieg. Średnie tempo oscylowało w okolicach 4:00 min/km, ale zmieniało się bardzo często. W mojej głowie miałem tylko jeden cel, nie zgubić się na trasie. Pierwszy raz byłem tutaj i wiedziałem, że nie będzie łatwo. Znaczniki na drodze były wyraźne, ale ja cały czas biegłem sam. Wgrałem sobie ślad trasy na mój Suunto Spartan Ultra i na tarczy miałem tylko trasę. Nie sprawdzałem czasu, dystansu, tempa. Jedynie co 1 km zegarek pokazywał mi odczyt ostatniego kilometra. Cała moja koncentracja i uwaga skupione były na śledzeniu znaczników na trasie.

Jak wspominałem pierwsza część to ciągłe podbiegi i piękne widoki w scenerii zachodzącego słońca. Z upływem czasu było coraz trudniej, dlatego trzymałem mocne tempo, żeby jak najszybciej dotrzeć do mety.

 

Foto: pełna koncentracja przed startem (zdj. M. Ripberger)

 

Nie wiem, czy mogę dalej nazywać siebie wegetarianem, bo w czasie tego biegu zjadłem więcej insektów niż przez cały poprzedni rok. Duża część trasy wiodła w okolicach zbiorników wodnych, rzek i przez lasy, dlatego miałem dużo okazji na takie nietypowe przekąski.

Kilometry uciekały mi bardzo szybko. Już na 8 zorientowałem się, że przewaga jest dość spora, bo ja jednym długim podbiegu nie widziałem nikogo za plecami. Postanowiłem nie tracić czasu na punktach i przebiegałem dość szybko bez zatrzymywania. Na 25 km musiałem się zatrzymać, bo chciało mi się bardzo pić, a obsługa była zaskoczona, że pojawiłem się już na punkcie. Szybki łyk i pobiegłem dalej.

 

Foto: mocny start od samego początku (zdj. M. Ripberger)

 

W okolicach 30 km pojawiły się pierwsze problemy na trasie. Przez przypadek przełączyłem sobie skale GPS i zamiast dokładnego śladu miałem całą trasę. To oczywiście się zemściło, bo pomyliłem trasę. Na szczęście było to jakieś 200 m, dlatego strata nie była duża.

Na 35 km kolejna szybka wizyta na punkcie i kolejny mały łyk wody. Tym razem wszyscy czekali i dostałem do ręki gotowy kubeczek. Nauczony poprzednim punktem z daleka przyczaiłem „wasser, wasser”. Pomogło, kubeczek z wodą trafił bezbłędnie.

Byłem już w okolicach 36 km i kolejne problemy na trasie. Tym razem widziałem znaczniki, ale mój ślad na zegarku pokazywał inna trasę. Jak się później dowiedziałem, przez roboty drogowe na 2 dni przed biegiem, zmieniono troszkę trasę. Przez kilka chwil biegłem w niepewności. Postanowiłem zawrócić do miejsca, gdzie widziałem ostatni znacznik. Jak się okazało dobrze go widziałem, a przejście było zamknięte. To mnie zdenerwowało troszkę, bo bez potrzeby się wracałem. Wolałem jednak stracić tą minutę czy może troszkę więcej, niż potencjalnie wygraną i szukanie drogi do domu w ciemnościach.

 

Foto: upragniona meta (zdj. M. Ripberger)

 

To były moje ostatnie przygody. Adrenalina zrobiła swoje, bo biegłem bardzo szybko. Jak się okazało na półmetku miałem 1:24h, a drugą część trasy pokonałem w 1:20:20. Nie ma jak emocje i adrenalina. Te przygody chyba jednak pomogły mi w mocnym biegu. Byłem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy z wygranej. Na metę, 5 min po mnie wbiegł Benjamin, który rok temu też był drugi. Kolejny rok przegrał z ASICS Frontrunnerem.

 

Foto: po biegu z Benajmin Kreuscher (zdj. M. Ripberger)

 

Musieliśmy czekać bardzo długo na dekorację, dlatego spokojnie poszedłem do hotelu. Przebrałem się i mogłem wracać na dekorację. Jeszcze w czasie dekoracji organizator zadał mi kilka pytań, bo nie spodziewali się kogoś z tak daleka na biegu. Kolejny krok w przygotowaniach do jesiennej setki zrobiony. Teraz czas na podsumowanie pierwszego półrocza. To był bardzo udany początek roku. W 6 startach byłem 4 razy na podium, gdzie raz na 1-szym i raz na 2-gim miejscu w open. Do tego poprawiłem rekordy życiowe w półmaratonie i maratonie. Jestem bardzo zadowolony, a to jak wypadałem na zawodach potwierdza dobrze zaplanowane i wykonane przygotowania do setki.

 

Foto: tak wygląda zmęczony, ale pełen endorfin biegacz (zdj. M. Ripberger)

 

 

26 czerwca 2017

Partnerzy