Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

Freiburg półmaraton 1.18.31

Do Freiburga wybierałem się na mój drugi start w tym roku. Zazwyczaj na tym etapie miałem już kilka startów, wliczając również biegi ultra, ale w tym roku uciekło mi sporo treningów, dlatego musiałem przemeblować troszkę kalendarz.

 

Dwa tygodnie wcześniej wystartowałem na dystansie 10 km (40:20 min). Ten start miał dać mi odpowiedź, jak jestem przygotowany i jaka będzie moja taktyka na półmaraton. Jak się okazało pomimo dobrego 3 miejsca w kategorii wiekowej wynik bardzo odbiegał od tego, co wychodziło mi z treningów. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie wiedziałem jak mam pobiec we Freiburgu. Nie potrafiłem też rozsądnie wytłumaczyć słabego czasu i wysokiego tętna zaraz po tym, jak pojawiłem się na mecie. Starałem się nie myśleć o tym, ale gdzieś tam siedziało to we mnie.

 

Kalkulacji, przygotowywania taktyki nie było końca. Liczyłem, ile muszę pobiec każdy odcinek. Skrupulatnie sprawdzałem każdy kawałek trasy, liczyłem pojedyncze sekundy. W pewnym momencie byłem już tym zmęczony i na 2 dni przed startem skupiłem się na odświeżeniu głowy. To chyba było dobre rozwiązanie.

 

Na bieg pojechałem z moim biegowym kolegą Leonidasem i jego rodziną. Od samego początku wszystko dobrze nam szło i sprawnie dojechaliśmy na miejsce. Na Expo nie było dużo stoisk, a numery odebraliśmy bardzo sprawnie. Podobało mi się rozwiązanie organizatorów, którzy od ręki drukowali imienne numery i nie trzeba było stać w długich kolejkach. Resztę czasu spędziłem jak zawsze, czyli sprawdzenie toalet, szatni, depozytu, startu itd. Mieliśmy bardzo dobrze przygotowaną strefę startową i okolicę do rozgrzewki, co ułatwiało organizację logistyki tuż przed startem. Mieliśmy super miejsce na rozgrzewkę tuż przy strefach startowych.

 

Foto: przed startem z Leonidasem (zdj. Eirini Hatzitzanou)

 

Tego dnia spotkałem mojego znajomego, który zajmuje się sprzedażą sportowych okularów firmy Sziols. Przygotował dla mnie specjalnie zestaw (model X-Kross) odpowiedni na panującą pogodę i byłem gotowy do biegu. Miałem okazję przetestować okulary i sprawdzić jak się sprawują. Modele produkowane przez firmę Sziols są dedykowane do uprawianej dyscypliny i pozwalają zamontować wkładki korekcyjne.

 

Foto: zdjęcie z Moritzem (zdj. Moritz auf der Heide)

 

Przed samym startem poszedłem do odpowiedniej strefy startowej i spokojnie czekałem na początek rywalizacji. Już od dłuższego czasu nie zabieram nic na takie biegi, bo nie chce się rozpraszać, a woda na trasie w zupełności mi wystarcza. Tego dnia warunki do biegania były bardzo dobre i przez cały bieg nie korzystałem z punktów odżywczych. Ograniczyłem się do przemywania twarzy z potu i soli.

 

Początek biegu miałem bardzo spokojny. Mieliśmy kilka mostów i wiaduktów do pokonania, a do tego wydawało mi się, że trasa jest troszeczkę pod górkę. To sukcesywnie spowolniło mnie, przez co tempo nie było wymagające. Miałem kontrolować czas co 3 km, ale cały misterny plan upadł, przez niekontrolowane spowolnienia i zachowawcze tempo. Po prostu nie realizowałem założeń od samego początku. Biegłem zdecydowanie wolniej, niż planowałem. Chyba siedziała mi jeszcze w głowie poprzednia dyszka, która nie poszła mi najlepiej i biegłem asekuracyjnie. Przez to całe zamieszanie z liczeniem międzyczasów sprowadziło się do tego, że nie zauważyłem znacznika na 5 km. Szybka kalkulacja i chyba byłem tam między 19:30 - 19:40 min. To oznaczało czas na mecie w okolicach 1:22:30 - 1:23:00. Wiedziałem, że nie ma rewelacji, można powiedzieć słabo, ale walczyłem dalej, bo to dopiero początek. Mam już troszkę biegów w nogach i nauczyłem się, że nie można wyrokować ostatecznego wyniku po ¼ trasy. Najważniejsze w tym wszystkim było to, że czułem się świeżo. Zacząłem odrabiać, ale bardzo spokojnie. Nie robiłem gwałtownych ruchów, tylko drobnymi kroczkami przyśpieszałem. Kilometry uciekały, a ja sukcesywnie wyprzedzałem kolejnych zawodników. Na 10 km byłem w 38:29 min, co oznaczało, że w tym tempie będę na mecie w 1:21:11. Była poprawa i zobaczyłem światełku w tunelu. Pojawiła się nadzieja na złamanie 1:20h. Wiedziałem, że to był ostatni moment w tym biegu, żeby powalczyć o wynik. Postanowiłem zaryzykować i mocno podkręciłem tempo. Zegarek troszkę wariował, ale sprawdzałem międzyczasy po znacznikach na trasie i było bardzo dobrze. Udało mi się ustabilizować w okolicach 3:40 min/km, co już gwarantowało złamanie 1:20h. Kolejne 5 km wyszło w 18:11 min. Cały czas trzymałem się mocnego tempa i co najważniejsze dalej czułem się dobrze. Zaczęła się ostatnia część tego półmaratonu. Teraz nie miałem już nic do stracenia. Biegłem tak szybko, jak nogi pozwalały. Najważniejsze, że nie traciłem mocy, a tempo nie spadało. Kolejne 5 km w 17:54 min i na 20 km pojawiłem się w 1:14:34. To oznaczało, że miałem 3 i pół minuty na pokonanie ostatniego odcinak 1,1 km, aby myśleć o poprawieniu życiówki, choć o 1 sekundę (1:18:08). Tego już się nie udało zrealizować. Czas na mecie to 1:18:31, który jest moim drugim wynikiem w półmaratonie.

 

Foto: medal (zdj. Leonidas Petinatos)

 

Troszkę szkoda, że tak asekuracyjnie pobiegłem pierwszą część, bo miałem siły na mocne bieganie, ale wynikało to z obawy czy dam radę pobiec mocno i utrzymać wysokie tempo, jak 2 tygodnie wcześniej słabo pobiegłem dyszkę.

 

Foto: certyfikat

 

Wychodzi na to, że przygotowania idą w dobrą stronę, co mnie cieszy. Na treningach biega mi się bardzo dobrze, a ten start to swego rodzaju przełamanie. Drugie 10 km w 36:05 min może napawać optymizmem i motywuje do dalszej ciężkiej pracy na treningach. To taka nieoficjalna życiówka na pocieszenie (aktualna na 10 km to 37:51). W wynikach jestem na 33 miejscu open na 5386 zawodników. W kategorii wiekowej 7 miejsce, chyba jednak szczęśliwe.

 

03 kwietnia 2017

Partnerzy