Reprezentant Polski

w Biegach Ultra

 I don't stop when I'm tired, I stop when I'm done !!!

 

Dreilander Lauf

Pod koniec maja w Bazylei odbywa się ciekawa impreza biegowa w czasie której jednym z dystansów jest półmaraton. Trasa półmaratonu przebiega przez 3 kraje, Szwajcarię, Francję i Niemcy. Dość przypadkowo dowiedziałem się o tym biegu i postanowiłem skorzystać z okazji i wystartować. Już miałem się zapisywać (piątek), kiedy okazało się, że zapisy zostały zamknięte dzień wcześniej. Postanowiłem wysłać zapytanie do organizatora i okazało się, że można zapisać się w dniu biegu. Koszt troszkę większy, ale postanowiłem jednak wystartować. W dniu zawodów pakiet to koszt 50 CHF.

 

Foto: w drodze na bieg

 

W weekend sprawdziłem trasę i wszystko wyglądało ok. Jestem po najważniejszych startach na wiosnę, dlatego ten start miał na celu sprawdzić moje przygotowania. Jest to też dobra motywacja, aby szybciej pobiegać. Cały czas mocno trenuje, ponieważ przygotowania do jesiennej setki trwają w najlepsze, dlatego nie liczyłem na fajerwerki na mecia. Nie miałem dużych oczekiwań co do samego startu, tylko jedno założenie, pobiec poniżej 1:20h.

 

Foto: kilka minut przed startem

 

Przed wystrzałem startera ustawiłem się w pierwszej lini. Pomimo dość asekuracyjnego założenia co do czasu, zawsze staram się biec najlepiej jak potrafię, nie inaczej było i tym razem. Od samego początku zacząłem mocno, nie chciałem tracić kontaktu z zawodnikami przede mną. Szybka kalkulacja i byłem na pozycji nr. 15 – 16. Tempo pierwszego kilometra wskazywało, że biegnę na wynik w okolicach 1:15h, ale wszystko zmieniło się pomiędzy 2 – 3 km. Tempo bardzo spadło głównie przez liczne zakręty, podbiegi, zbiegi. Takie szarpane tempo w niczym mi nie pomagało. Najważniejsze, że nie traciłem kontaktu wzrokowego z czołówką i nikt mnie nie wyprzedzał. Po trzech kilometrach zorientowałem się, że chyba coś jest nie tak ze znacznikami na trasie, bo mój Suunto Spartan Ultra pokazywał już prawie 300m więcej, a sprawdzałem go wiele razy i GPS działał u niego super. Mój międzyczas też wskazywał, że tempo jest dużo wolniejsze, a wiedziałem że biegne mocno. Jak się później okazało, te dodatkowe 270m nie zmieniło się do końca biegu. Coś musiało się wydarzyć z pierwszymi znacznikami.  

 

Od tego momentu postanowiłem przyspieszyć.  Zdawałem sobie sprawę, że walkę o życiówkę mogę odłożyć na inny start. Trasa robiła się coraz gorsza. Mieliśmy do pokonania więcej zakrętów, co jakiś czas podbieg, wiadukt, most i co najtrudniejsze biegliśmy praktycznie cały czas po chodnikach. Na czas biegu nie zostały zamknięte drogi, dlatego musieliśmy uważać na samochody, rowerzystów, przechodniów. Wiecie jak to jest, biegać po chodnikach między przechodniami. Na szczęście nie musieliśmy uważać na światłach, bo tutaj obstawiali je wolontariusze.

 

Po około 7 km, kiedy biegliśmy we Francji jeden z wolontariuszy powiedział mi coś po francusku. Wydawało mi się, że wspomniał, który jestem (7 pozycja), ale nie za bardzo chciałem wierzyć, bo wyminąłem tylko kilka osób i liczyłem, że raczej jest to 10-11 miejsce, a dodatkowo mój francuski nie jest najlepszy. Po kolejnych 2 kilometrach dotarliśmy do schodów prowadzących na mostu. Trzeba było mocno zwolnić i uważać. Powiem tak, schodów się nie spodziewałem tego dnia. To jednak nie koniec przygód na trasie.

 

Po 9 km jeden z wolontariuszy powiedział mi, że jestem 6, co mnie bardzo ucieszyło (tym razem po niemiecku). To była dobra pozycja, a ja miałem w zasięgu ręki kolejnego biegacza. Wykorzystałem ten moment i szybko się z nim rozprawiłem. Moja radość nie trwała długo. Jak tylko go wyprzedziłem wpadliśmy w ciąg kilkunastu zakrętów i okazało się, że pobiegłem w złą stronę. Zasugerowałem się biegnącymi obok zawodnikami, a jak się okazało trasa przebiegała blisko siebie, co mnie zmyliło. Musiałem obrócić się na pięcie i straciłem kilka cennych sekund. Kolega dogonił mnie i ucieczka zaczęła się od nowa. Adrenalina zrobiła jednak swoje i zostawiłem kolege za plecami. Byłem na 5 pozycji i zauważyłem kolejnych 2 biegaczy. Bardzo lubie takie sytuacje i miałem kolejny cel. Został mi jeszcze do pokonania najbliższy 50 m podbieg po wąskiej ścieżce między krzakami i mogłem rozpoczynać pościg. Ponieważ kolejny raz mieliśmy do pokonania kilka dość ostrych zakrętów, dlatego nie śpieszyłem się z pościgiem tym bardziej, że to była dopiero połowa trasy.

 

Na zegarku pojawiło mi się 40 min, kiedy ten pokazywał dystans 10,76 km. Wiedziałem, że mam małe rozbieżności, dlatego potraktowałem ten moment jako połowa moich zmagań na trasie. Oznaczało to jedno, że muszę biec szybko jak chce złamać te 1:20h. Z kalkulacji wychodziło, że na tym etapie biegnę właśnie na wynik 1:19-30 - 1:20:00. Stało się jasne, że walka zaczyna się od nowa, a cel to pierwsza trójka open. Na tym się skoncentrowałem.

 

Długo nie musiałem czekać, żeby zbliżyć się do rywali. Zaraz po 11 km kiedy dotarliśmy do punktu odżywczego. Jeden z zawodników lekko zwolnił, to był dla mnie znak. Wykorzystałem ten moment i szybko go wyprzedziłem. Moim tropem poszedł drugi zawodnik i on również odskoczył. Teraz dzieliło nas jakieś 50 m. Widziałem, że mam jeszcze dużo czasu, ale z drugiej strony nie chciałem czekać zbyt długo, aby nie walczyć z nim do samego końca. Chłopak wyglądał bardzo dobrze i nie wiedziałem, jak szybko może biec na finiszu. Ja jako typowy ultras szybki nigdy nie byłem, dlatego bezpieczniej było wyjść na prowadzenie odpowiednio wcześnie.

 

Ta pogoń trwała do 13 km. Mogę powiedzieć, że dokładnie na 13 km zrównałem się z rywalem i długo nie biegliśmy razem. Chciałem dać mu do zrozumienia, żeby odpuścił pogoń. Nic jednak z tych rzeczy. Nie oglądałem się za siebie, ale cały czas słyszałem jego oddech na plecach. Ten 13 km nie był dla mnie najlepszy. Ledwo co wyprzedziłem mojego rywala, a już po 500m, wpadł mi pod nogi pies. Biegliśmy po drodze nad rzeką, a że piesek nie był na smyczy, to o mało mnie nie przewrócił. Dobrze, że nic się nie stało. Wybiłem się z rytmu i kolega w mgnieniu oka mnie dopadł. Zezłościłem się mocno i podkręciłem tempo. Dosłownie za około 300 m widzę, jak rowerzysta jedzie sobie zadowolony i skręca z bocznej drogi, prosto na trasę. Widzę, że nie patrzy w moją stronę i centralnie wjeżdża na środek trasy. Myślę sobie, pięknie kolejne spotkanie bliskiego stopnia. Na szczęście udaje mi się odskoczyć i o centymetry mijam zaskoczonego rowerzystę. Uff, nic się nie stało. Teraz już pełna koncentracja i biegnę po swoje, adrenalina też robi swoje. Kolejny raz dowiaduję się od wolontariusza, że jestem 3. Kiedy dobiegam do 17 km, postanowiłem wykorzystać fakt, że trasa troszkę zawijała i nie było widać gdzie jestem. Pomyślałem, że to będzie dobry moment, żeby zbudować większą przewagę. Tempo wzrosło do 3:33 min/km i plan zaczął działać. Na 18 km podbiega do mnie jeden z wolontariuszy i daje mi sygnał, że mam około 200 m przewagi. Bałem się zweryfikować doniesienia, dlatego biegnę swoje. Kiedy nadażyła się okazja, delikatnie zerkam przez ramię i widzę, że przewaga to jedynie 100m. Kurcze to jeszcze nic pewnego. Przestałem się zastanawiać, tylko zacząłem mocno biec do mety. Na horyzoncie pojawił się ostatni podbieg na most. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale jak wbiegnę tam pierwszy to wszystko powinno być dobrze. Ostatni raz sprawdziłem co się dzieje za plecami i było dobrze, bo nikogo nie widziałem.

 

Na 1,5 km przed metą zacząłem dostawać informacje, że biegnę jako drugi. Troszkę mnie to zdziwiło, bo nikogo nie wyprzedzałem. To już nie miało znaczenia, moja pozycja nie była zagrożona. Kiedy wbiegłem na metę, zapomniałem zatrzymać zegarek, dopiero po jakimś czasie zatrzymałem pomiar. Na mecie nie było nikogo z organizatorów, aby zapytać się, który jestem. O medalu oczywiście nie było mowy, bo dostawali go tylko zawodnicy z pierwszej trójki w kategorii wiekowej. Nie było dekoracji dla pierwszej trójki open, tylko kategorie. Musiałem spokojnie poczekać na sms-a lub wyniki na tablicy ogłoszeń. Domyślałem się, że jestem wysoko w open, ale nie wiedziałem dokładnie jaki mam czas i który jestem. Ponieważ musieliśmy czekać na dekorację, dlatego skorzystałem z okazji i zrobiłem pomiar tkanki tłuszczowej. Przy okazji organizacji biegu była taka możliwość. Przed samym biegiem troszkę ładowałem węgli, dlatego obawiałem się o wynik. Ostatecznie okazało się, że mój wynik to 11,4 % tkanki tłuszczowej. Nie jest taki zły.

 

Foto: w oczekiwaniu na dekoracje oglądamy wystawy

 

Do samej dekoracji czekałem na wyniki. Okazało się, że byłem ostatecznie 2 w open na 907 zawodników i 1 w kategorii wiekowej na 187 zawodników. Nie było dekoracji w open, a za pierwsze miejsce w kategorii dostałem butelkę wina i talon na steka. Tak jak wspominałem medale były tylko dla pierwszej trójki w kategorii. Pozostali zawodnicy mogą sciągnąć ze strony dyplom.

 

Foto: dekoracja w kategorii wiekowej

 

Dopiero w domu przyszedł do mnie sms, że zająłem 2 miejsce z czasem 1:17:59,9. Wow, taka trasa i rekord życiowy. To oznacza tylko jedno, że to nie jest jeszcze wszystko, co mogę zrobić w półmaratonie. Forma definitywnie rośnie i mogę tylko domyślać się ile mógłbym pobiec w optymalnych warunkach. Teraz wracam już do treningów i dalej pracuje na jesienny wynik.

 

Foto: ostateczne wyniki

 

 

22 maja 2017

Partnerzy